sty 21

Rola promotora

To temat dość wrażliwy, bo co innego teoria, ideały, a co innego rzeczywistość. Jak trafisz na ambitnych i chłonnych wiedzy studentów, to możesz realizować ideały. A jak trafisz na studentów, którym zależy tylko na papierku i w dodatku jeszcze to jełopy, to te swoje ideały możesz schować do kieszeni. Musisz wtedy przygotować listę tematów, z których jełopy sobie coś wybiorą… Drugim z moich wytłumaczeń dlaczego niektórzy promotorzy uparcie nazywają plan pracy spisem treści (pierwsze wytłumaczenie, to to, że są idiotami) jest takie, że łatwiej jest jełopom, którzy się im trafią wytłumaczyć, co ci mają przygotować. Książki mają spis treści, więc taki jełop może sobie wyobrazić o co chodzi, a planu pewnie w życiu na oczy nie widział, a jak widział, to nie pamięta. Jak nie możesz realizować ideałów, to lepiej się wtedy posługuj dość prostym językiem, tak, jakbyś rozmawiał z dzieckiem. A i tak może być problem. Bez zdolności pedagogicznych jełopom może być trudno wytłumaczyć nawet różnicę między ibidem, a op. cit. Spuśćmy kurtynę milczenia. Jaka powinna być rola promotora, gdy trafią mu się ambitni i chłonni wiedzy studenci? O tym w którymś z kolejnych wpisów.

0
komentarzy

sty 19

Programy antyplagiatowe

Dobrodziejstwo techniki, które wyręcza promotorów w czytaniu prac. Generalnie i tak ich nie czytali, ale teraz dodatkowo mają alibi. Przepuszczają pracę przez program antyplagiatowy (albo raczej ktoś za nich to zrobi, najczęściej w sekretariacie) i nikt już im nie zarzuci, że nie dopilnowali studenta. Alibi doskonałe.

Wspominałem już o swoim znajomym piszącym prace. No, więc, znał on (choć nie osobiście) tych promotorów od podszewki. Byli promotorzy rekordziści, wykładający na kilku uczelniach i mający rocznie kilkuset magistrantów – szczególnie właśnie taki jeden rekordzista zapadł mu w pamięć – którego nazwiska wolałby, żeby nie wymieniać. Sprawiał wrażenie bardzo skrupulatnego, zaznaczał mnóstwo rzeczy do poprawienia w pracy (później nawet już miał asystentów od zaznaczania uwag) i magistranci bali się u niego pisać prace, ale cóż, często nie mieli wyjścia, musieli. Więc ci studenci zapisywali się na jego seminarium i gremialnie zgłaszali się do mojego znajomego – poddawali się już na wstępie, zlecając pisanie komuś innemu. Mój znajomy obsłużył w ciągu kilku lat z pół setki magistrantów tego promotora. Okazało się, że poprawki tego promotora nie dotyczą treści pracy, one wszystkie dotyczyły formy. Dla tego promotora ważna była wielkość czcionki, odstępów między wierszami, ale nie treść pracy. A w tamtych czasach dla większości ludzi to był poważny problem, nie za bardzo znali się na komputerze, a co dopiero na skomplikowanym edytorze tekstu. A promotor ten lubił takie efekty graficzne, które w tamtym Wordzie (Word 97) były trudne do wykonania nawet dla eksperta. Życzył sobie na przykład, żeby „Rozdział pierwszy.” (właśnie tak pisany – i drugi i trzeci rozdział, oczywiście, również) był wyśrodkowany, a w drugiej linii pod spodem był tytuł tego rozdziału wyrównany do lewej. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że miał być to w dodatku jeden nagłówek. Rzecz w ówczesnym Wordzie nie do zrobienia, bo żeby przenieść coś w nagłówku do drugiej linii trzeba było wstawić twardą spację, a gdy się ją wstawiło, to i pierwsza i druga linia musiały być wyrównane w ten sam sposób. Męczył w ten sposób mnóstwo ludzi. Ale tak, jak pisałem wszystkie jego uwagi dotyczyły formy pracy, a nie treści. Znajomy w ramach eksperymentu w jednej z prac umieścił tyle bzdur, że specjalista w danej dziedzinie nie mógłby chyba wyjść z szoku. Tutaj wszystko przeszło.

Był też inny promotor, też uważany za piłę. Zawsze miał trzy sesje poważnych poprawek, z którymi magistranci zwyczajnie sobie nie radzili. Zawsze pierwsza poprawa polegała na całkowitym przemodelowaniu pracy, generalnie według uwag pół pracy trzeba było napisać od nowa. Zrobione. Dobrze, ok, ale po tym napisaniu połowy pracy od nowa przychodziła druga sesja poprawek. I co? I nadal było źle – chociaż było zrobione dokładnie według uwag promotora. Ok, klient płaci, poprawki się wprowadza. Na koniec przychodziła trzecia sesja poprawek – tak samo drastycznie zmieniająca pracę, jak dwie pierwsze, ale, jak zauważył mój znajomy – w kierunku pierwotnej wersji pracy. Po dwukrotnym napisaniu pracy od nowa wraca się do pierwotnej wersji. I co stwierdził mój znajomy ekspert? Co z kolejnym biednym magistrantem tego promotora zrobił? Kazał mu oddać pracę bez wprowadzania poprawek. Promotor się nie zorientował, nakazał drugą sesję poprawek, znowu wrócił do niego wersja niepoprawiona, nakazał trzecią sesję poprawek, sytuacja się powtórzyła i zaliczył pracę na piątkę. Taką te promotor miał metodę, a na każdą metodę są sposoby.
Promotorzy nie czytają prac. Oczywiście, zdarzy się taki co przeczyta, ale to wyjątek. Promotorzy co najwyżej prace przeglądają.

Program jednak jest genialny i bardzo pożyteczny (nie będę tu wymieniać nazwy, żeby nie robić reklamy). Na początku miał bardzo wiele wad – śledzę jego ewolucję od powstania – przez krótki okres dało się go na przykład w bardzo prosty sposób oszukać dając dwa odstępy (dwie spacje) między wyrazami zamiast jednego (wystarczyło z automatu zamienić jedną spację na dwie w całym tekście). Tę wadę jednak szybko usunięto. Były też inne, na przykład program zaznaczał jako plagiat sformułowania dość potocznie używane, gdy napisało się przykładowo „jak to drzewiej w Polsce bywało”, to już według programu robiło się plagiat. Dzisiaj większość tych wad usunięto, są cztery współczynniki podobieństwa, każde dotyczące czego innego. Z takiego raportu dzisiaj naprawdę dużo o pracy można się dowiedzieć. Oczywiście, przeglądając, czytając ten raport, a nie patrząc tylko na wykazane na pierwszej stronie procenty. Niestety, promotor, to istota leniwa (stąd też wybrał taką, a nie inną pracę, pewnie uważa, że jest od myślenia, a nie roboty), jak dawniej nie czytał prac, tak teraz nie czyta raportów, procenty muszą mu się tylko zgadzać.

0
komentarzy

sty 18

Jednak o planie pracy

Kilkanaście dni temu pisałem, że plan pracy to rzecz tak prosta i sztampowa, że nie chce mi się o niej pisać. Nadal tak uważam, ale może wyjaśnię, dlaczego tak uważam.

Znam człowieka, który od 2000 roku zajmuje się pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. Tak pi razy drzwi napisał już razem ze swoimi pracownikami około pięciu tysięcy prac (muszę go kiedyś zachęcić do tego, aby spróbował policzyć dokładnie). Na początku, oczywiście, zaczynał sam. Swego czasu, kiedy nie były jeszcze tak rozpowszechnione programy antyplagiatowe (o programach antyplagiatowych napiszę może następnym razem), albo nawet jeszcze nie istniały, potrafił napisać w ciągu jednej doby trzy prace, pamiętam ten rekord, pracował cały dzień i całą noc – dwa licencjaty i jedna magisterka, w sumie ponad 200 stron. Te prace, dzisiaj, oczywiście, nie przeszłyby pozytywnie testu antyplagiatowego, ale wtedy nikt się tym nie przejmował. Ważne, żeby praca była dobra, na temat i napisana według zatwierdzonego planu klienta. A to, że jakieś akapity były generalnie bardzo do siebie podobne nie miało znaczenia. Nie to, że to były prace całkiem na zasadzie kopiuj wklej – o ile części teoretyczne wykazywały znamiona plagiatu, bo były tylko lekko przeredagowane (generalnie tylko te fragmenty, początki akapitów, gdzie wzrok ludzki „zawiesza” swoją uwagę – było to tak sprytnie zrobione, że promotorzy, którzy zazwyczaj nie czytają prac, a tylko przerzucają je wzrokiem nie zauważyliby podobieństw i nie wyłapaliby plagiatu; co innego program komputerowy), o tyle części praktyczne dotyczyły innych przedsiębiorstw i były pisane na podstawie ich rzeczywistych danych finansowych (oczywiście, też z zastosowanie jakieś sprytnej sztuczki, szablonu, aby ze zleceniami zdążyć na czas).

Wracając do planu pracy, bo o tym przecież zamierzałem pisać, najlepszą metodą w tych dawnych czasach było wziąć do ręki jakąkolwiek książkę dotyczącą danego tematu i na podstawie jej spisu treści ułożyć swój plan. Praca na 5 minut. Zostawia się trzy, cztery rozdziały, maksymalnie pięć, wyrzuca się to, co niepotrzebne i gotowe. Można też z takiej książki wziąć tylko część teoretyczną, a praktyczną ułożyć według sztampowego schematu z metodologią badań własnych i analizą wyników badań własnych.

0
komentarzy

sty 17

Funkcje przypisów

 

Podstawową funkcją przypisów jest podanie źródła, z którego cytujemy jakiś fragment, przytaczamy jakąś myśl. Przypisy mogą mieć, oczywiście, również inne zastosowania. Możemy na przykład skierować czytelnika do jakiejś publikacji. Publikacji, w której (czy w których – bo możemy w jednym przypisie umieścić kilka tytułów) poruszany przez nas temat, wątek jest opisany na przykład bardziej szczegółowo, gdzie znajdziemy więcej informacji na interesujący nas temat. W taki przypadku przypis zazwyczaj zaczynamy od wyrażenia „porównaj”( w skrócie piszemy „por.”). Przypisy możemy również wykorzystać do podania od razu tych dodatkowych informacji, bez oglądania się na inne publikacje. Zazwyczaj te dodatkowe informacje nie są na tyle istotne, aby umieszczać je we właściwym tekście pracy, ale mogą być na tyle interesujące dla czytelnika, mogą wzbogacić jego wiedzę w danym zakresie, żeby podać je właśnie w przypisie. W przypisach możemy również polemizować z tym, co napisaliśmy. Zdarza się, że w pracy przyjmujemy jakieś założenia, opieramy się na jakiejś teorii, ale mamy świadomość, że te założenia mogą nie być prawdziwe, że teoria to jednak tylko teoria – w przypisach możemy właśnie dać wyraz temu, że mamy tego świadomość i możemy sobie na przykład pogdybać, co by było gdyby, co by było gdyby te założenia były fałszywe. Możemy również polemizować z innymi autorami. Przytaczamy na przykład guru w danej dziedzinie i trochę głupio byłoby zaraz pod jego cytatem pisać, że może sobie swoją teorię wsadzić w d. – ale w przypisie czemu nie. Przypisy mogą również służyć do spraw strasznie banalnych, na przykład do rozwijania użytych skrótów, objaśniania nieznanych pojęć. Jakbym miał zrobić listę możliwych zastosowań, to musiałaby być ona dość długa. Poza tym otwarta. Nie jest tak, że przypisy można wykorzystać tylko w określonych rzeczach i innych nie. Jeśli uważasz, że coś lepiej będzie umieścić w przypisie, a nie w głównym tekście, to tak zrób. Na pewno będzie dobrze.

0
komentarzy

sty 16

Przypisy harwardzkie

Przestarzały sposób umieszczania przypisów w tekście, który o dziwo staje się coraz popularniejszy w polskich uczelniach. Piszę te słowa 16 stycznia 2012 roku i mam nadzieję, że to chwilowa popularność i że wydźwięk moich następnych słów już za chwilę, już za momencik nie będzie aktualny. Przypisy harwardzkie powinny odchodzić do lamusa, gdyż jest to stara, przedkomputerowa metoda – gdy prace, artykuły pisało się maszyną do pisania, a całą bibliografię miało się na kartce obok – wtedy to miało sens, łatwiej było zrobić taki przypis niż przypis dolny. Dzisiaj jednak dużo więcej czasu zajmuje robienie przypisów w tekście, a szczególnie sporządzanie do nich bibliografii w trakcie pisania. Niestety, niektóre uczelnie wymuszają na studentach zajmowanie się tą „administracją” pracy, a nie samym pisaniem.

To, że zamiast wykorzystywać możliwości współczesnych komputerów cofamy się w rozwoju świadczy również o jakości naszego szkolnictwa. Niektórzy „akademicy” idioci wręcz twierdzą, że przypisy harvardzkie są lepsze niż przypisy dolne. Bzdura. Tak, jak już wcześniej pisałem – dobra praca powinna być przyjazna dla czytelnika – a jeśli chodzi o przyjazność dla czytelników nie ma nic lepszego niż przypisy dolne. Gdy jest odwołanie, to wystarczy zwrócić wzrok na dół strony i wszystko jasne. Nie trzeba szukać odpowiedniej strony, przewracać kartek, wybijać się z rytmu czytania. Tylko zidiociałe umysły potrafią zmienić dobrodziejstwo przypisów dolnych na archaiczne przypisy harvardzkie. Tak właśnie wygląda polskie szkolnictwo wyższe – pełno tam zidiociałych umysłów przeciwstawiający się postępowi, hołdujących temu, co przestarzałe.

0
komentarzy

sty 15

Łacina w przypisach

Są dwa główne łacińskie zwroty stosowne w przypisach: ibidem i op. cit.

Ibidem to po polsku Tamże, czyli zwrot używany w tym celu, aby nie podawać całego brzmienia źródła bibliograficznego (autor, tytuł, wydawnictwo, miejsce i rok wydania), gdy w następujących po sobie przypisach cytujemy, powołujemy się na to samo źródło. Zamiast tego piszemy Ibidem, albo w skrócie Ibid. Jeśli w przypisie czternastym odwołujemy się do Epopei Kowalskiego i przypis piętnasty też ma dotyczyć tego dzieła, to już nie piszemy „A. Kowalski, Epopeja…”, tylko Ibidem.

Op. cit. to skrót łacińskiego wyrażenia opus citatum, które w przypisach w pełnym brzmieniu raczej nie jest spotykane; spotyka się właśnie op. cit., co ma polski odpowiednik poz. cyt., czyli pozycja cytowana. Pełni podobną funkcję jak ibidem, czyli taką, aby po raz kolejny nie przytaczać pełnego opisu bibliograficznego cytowanego dzieła. Różni się jednak od ibidem tym, że gdy ibidem użyjemy w następnym przypisie (w naszym przykładzie piętnastym), to op. cit. używamy, gdy w przypisie poprzednim nie była cytowana ta sama pozycja – np. w przypisie szesnastym powoływaliśmy się na Malinowskiego, a w siedemnastym chcemy się znowu powoływać na Epopeję Kowalskiego. Różni się również formą zapisu – przy użyciu ibidem wystarczy samo ibidem, ewentualnie dodajemy jeszcze numer strony (obowiązkowe jeśli powołujemy się na inną stronę, niż poprzednio) – przy op. cit. zaczynamy przypis od podania autora i zazwyczaj (jeśli w całej pracy cytujemy tylko jedno dzieło Kowalskiego, to może wystarczyć sam A. Kowalski) pierwszego wyrazu tytułu. Spotykane jest też inne rozwiązanie – po autorze zamiast skróconego tytułu – rok wydania – moim zdaniem to rozwiązanie jest jednak gorsze, gdyż dość często zdarza się, że są cytowane dwie publikacje tego samego autora z tego samego roku i taki zapis raz, że może wprowadzić zamęt, to dwa, kto tam pamięta rok wydania (przypominam, że dobra praca powinna „ułatwiać” czytelnikowi czytanie, a nie „utrudniać”) – za każdym razem czytelnik musi zaglądać do bibliografii. W przypadku, gdy podajemy pierwszy wyraz tytułu zazwyczaj wie się, o jaką pozycję chodzi. Podobnie jak w przypadku dwóch pozycji tego samego autora z tego samego roku, zdarzają się też dwie pozycje tego samego autora, których tytuł zaczyna się od tego samego słowa – wtedy do pierwszego słowa dołączamy drugie, jeśli drugie jest takie same, to dołączamy trzecie, tak, aż nie będzie wątpliwości, o jaką publikację nam chodzi.

0
komentarzy

sty 13

Wykaz skrótów użytych w pracy

Wykaz skrótów robi się już po napisaniu całej pracy, ale wspominam o nim teraz, bo umieszcza się go na początku.

Po dygresjach odnośnie poziomu polskiego szkolnictwa wyższego oraz zatrudnionej tam kadry naukowej wróćmy do warsztatu pisania pracy magisterskiej. Kolejną kwestią, którą można omówić są skróty stosowane w pracy. Nie mam na myśli tutaj skrótów używanych w przypisach, bo o tym wspomnę osobno, ale skróty umieszczane w tekście. Generalnie w każdej pracy wystąpią jakieś skróty, w pracy z ekonomii może to być np. PKB, PKN, z politologii SFOR, IFOR, z administracji MSW, KSAP i tak dalej i tak dalej. Oczywiście, skróty te możemy wyjaśnić w tekście i tak też należy zrobić – ale w tekście (można też rozwinięcie skrótu dać w przypisie) wyjaśniamy to przy pierwszym ich użyciu, a później już nie, dlatego osobie czytającej naszą pracę może się przydać wykaz skrótów. I porządna praca magisterska powinna go mieć. Generalnie dobra praca (i nie tylko praca magisterska, również dzieło naukowe) jest napisana przystępnie dla czytelnika. Jest to jedna z cech charakterystycznych dobrej pracy, dobrego warsztatu pracy – autor podczas pisania myśli o tym, aby być dobrze zrozumianym, wczuwa się w czytelnika i nawet, gdy ma do przekazania setki, tysiące słów wybiera z nich tylko te, które są istotne dla zrozumienia jego przekazu, a te, które są nieistotne, albo te, których czytelnik może nie zrozumieć, bo na przykład odwołują się do osobistych doświadczeń autora – pomija.

0
komentarzy